but I know it’ll have to drown me before I can breathe easy

Wiesz, na czym polega prawdziwa wolność? Nie chodzi o to, żeby móc robić wszystko. Tak postępują dzieci i wariaci, a ich wolność jest tylko w ich własnych głowach. Dopiero kiedy robisz wszystko, na co masz ochotę, będąc jednocześnie w pełni świadomym wszystkich konsekwencji i będąc gotowym je ponieść – wtedy dopiero możesz nazwać siebie wolnym. Widzisz, chodzi o świadomość, że nawet jeśli popełniasz błąd, to dobrze wiesz, co robisz, jak będzie bolało i dlaczego.  Świadomość. To jest klucz do wolności.

Najwyraźniej raz na jakiś przychodzi w życiu taki moment, kiedy mam nieprzepartą ochotę się zniszczyć. Zawsze pod koniec jakiegoś wyjątkowo trudnego czasu, któremu lepiej lub gorzej dałam radę, świerzbią mnie ręce, żeby jednym ruchem zmieść ten cuchnący padliną bałagan sprzed oczu, podłożyć ogień pod wszystkie mosty, a sobie samej zrobić jakąś potworną, wyrafinowaną krzywdę nie fizyczną, o nie, to zbyt proste wpakować się w coś nieprawdopodobnego, co mnie sponiewiera do granic możliwości, mentalnie zdemoluje.

I want to feel the pain and the bitter taste of the blood on my lips – again.

A potem wstać, twardsza, silniejsza, spokojniejsza, na kolejne lata spokoju. Feniks z popiołów, chorobliwe katharsis.
Nie wiem, może to już, może nie, na razie z nabytą poniewczasie ostrożnością porządkuję otoczenie i starannie dobieram narzędzia. Żeby, jeśli ktoś miał ucierpieć, to tylko ja.

manipulation doesn’t shape me I am just filling the bottle out

Znajoma ze studiów podeszła do mnie z kartką.
- Użyłam tego fragmentu do mojej prezentacji. Tak jakoś pomyślałam, ze Ci się spodoba. Pasuje do Ciebie.

Na kartce był fragment „Mizantropii” LaVeya.

Nie tęsknię za towarzystwem. Przeszkadza mi ono. Żyję dla przyjemności. Jest niewiele osób, które mogą dać mi tyle przyjemności, co działania, które sam wykonuję. Wolę tworzyć przyjemność zgodnie z moimi kaprysami niż być uzależniony od kaprysów innych. Kończę zabawianie innych. Lub ich wychowywanie. Znajduję lepsze towarzystwo w nieożywionych przedmiotach i zwierzętach, ponieważ mogę cieszyć się ich obecnością, nie zużywając przy tym moich psychicznych sił. W rzeczywistości dostarczają mi one nie tylko rozrywki, lecz także pożywienia dla myśli przez swoją stymulację stosowną do moich idei. (…) Co mnie motywuje? Co usprawiedliwia moje istnienie? Tym, co mnie podtrzymuje jest świadomość, że gdybym popadł w kłopoty, przegrał, zachorował, umarł, to uszczęśliwiłoby to tyle osób, że moja siła tkwi w moim istnieniu.Kiedy myślę o tych wszystkich, którzy cieszyliby się moim cierpieniem, doznają przypływu siły i energii wystarczająco dużego, aby przezwyciężyć każdą dolegliwość.(…) Nienawidzę narzekających. Nikt nie przejmuje się zmartwieniami innych. Kiedy ktoś wyrzuca z siebie swoje problemy przed kimś innym, to po prostu osłabia to narzekającego w oczach słuchacza. O wiele lepiej jest wzbudzić dalszą niechęć rozczarowując tych, którzy chcieliby cię umniejszyć, odmawiając okazywania niepokoju.Odmawiam chorowania, bo to uczyniłoby moich wrogów zdrowszymi. Odmawiam zrywania więzów z dobrym towarzyszem, bo gdybym to zrobił, innym łatwiej byłoby znieść ich samotność. Odmawiam, aby mój smutek został poznany, bo mój smutek jest radością kogoś innego. Odmawiam nawet okazywania oburzenia, bo rozjaśniłoby ono serca tych, którym poświęca się mało uwagi.(…) Jeżeli nie potrzebuję robić nic poza pozostawaniem w obecnym stanie, aby czynić sobie wrogów, jestem doprawdy szczęśliwy, bo znać mnie – to nienawidzić mnie. Ludzie nienawidzą tego, czego się boją. Osiągnąłem potęgę bez wysiłku, po prostu przez bycie. (…)  ”Bo ludzie potrzebują ludzi” to już dziś niewystarczające usprawiedliwienie dla ich istnienia. Ja potrzebuję osób – konkretnych osób, nie ludzi. Słowo „ludzie” nabrało egalitarnego znaczenia, które uważam za odpychające. (…) Dlatego nigdy nie dowiaduj się, komu bije dzwon. Bije, bo komuś płacą za to, żeby pociągał za sznur. 

Muszę nad tym dłużej pomyśleć. Zwłaszcza nad własna reakcją, bo z jednej strony mam ochotę entuzjastycznie się pod tymi słowami podpisać, a z drugiej strony coś we mnie cofa się jak od zarazy (i nie, nie chodzi o to, kim był LaVey i co jeszcze napisał, średno mnie to obchodzi). Czy jednak mam w środku jakąś ludzka część kompletnie wyzbytą egoizmu, czy może moralna tresura jest tak skuteczna, że uwarunkowała ten podświadomy sprzeciw?

I pytanie, wokół którego krążę już od jakiegoś czasu – czy jeśli, jak w tym tekście, mamy niezdrową motywację do zdrowych rzeczy, to czy one, te rzeczy, ciągle pozostają zdrowe? Czy jeśli moją chęć do życia motywuje chęć zrobienia innym na złość, to może lepiej ją utracić? Jak sie ma negatywna ocena środków do pozytywnego celu? Oceniamy chęci czy rezultat?

Mam prawie fizyczny głód dyskusji, wymiany argumentów, inteligentnego interlokutora. Sprawię sobie czaszkę, jak serialowy Sherlock i będę się z nią kłócić, that’s the deal.

and I don’t want the clouds, they never seem to stay

Wczoraj zmarła Wisława Szymborska.

Jasne, możecie być ponad. Możecie mówić, że przecież wszyscy umierają, nawet wielcy ludzie, że w wieku 89 lat to już raczej można się było spodziewać, a w ogóle wszystkie te wklejane wiersze i żal są na pokaz i nieszczere.
Pewnie w jakimś stopniu macie rację. Ale ja naprawdę lubiłam panią Szymborską. I ze wszystkich utalentowanych, znanych ludzi którzy ostatnio odeszli dopiero w jej wypadku zrobiło mi się naprawdę smutno.

W gimnazjum, a potem w liceum mnóstwo czasu spędzałam z przyjaciółką (P., jeśli to czytasz, ściskam ;]). Dyskutowałyśmy o różnych bardziej lub mniej metafizycznych kwestiach, książkach, filmach i spostrzeżeniach, no i oczywiście czytałyśmy i pisałyśmy poezję, jak to nastolatki mają w zwyczaju. Ale podczas gdy P. zaczytywała i się i zachwycała Poświatowską, Sylvią Plath i Świetlickim, ja odkładałam ich tomiki z prychnięciem („ileż można pisać o smutku i miłości, phleeeease”) i wolałam Białoszewskiego, księdza Twardowskiego i właśnie Szymborską. W zasadzie to z jej wierszy nauczyłam się, że poezja to nie tylko żeglowanie po suchego przestworze oceanu i szeptanie do zdjęcia ukochanej – to też sposób patrzenia na świat, trochę inny, lekko ironiczny, pod nieco innym kątem. To pokazywanie palcem rzeczy, które są tuż przed nosem – w sposób całkowicie nowy. To czysto przekorne doszukiwanie się komplikacji w najprostszych kwestiach, chaosu w porządku – i porządku w chaosie. Z dziecięcym zafascynowaniem, z przewrotnym sarkazmem, z bezpretensjonalnym zachwytem.
Chyba bez wielkiej przesady mogę stwierdzić, że jej poezja w dużym stopniu mnie ukształtowała.

I dlatego szkoda mi, po prostu szkoda, że już nic nigdy nie napisze.

and it’s an even sum, it’s a melody

Musi mam szczęście, albo po prostu dobrze dobieram sobie wrogów (o ile można tu mówić o dobieraniu), skoro ci nieliczni, którzy pałają do mnie antypatią właściwie pozwalają mi siedzieć z założonymi rękami – sami zastawiają na siebie pułapki, sami w nie wchodzą, sami zakładają sobie pętle na szyje, łamią emocjonalne kości i skręcają psychiczne karki i w ogóle dokonują wyrafinowanej zemsty całkiem własnoręcznie. Doprawdy, nawet palcem już kiwać nie muszę, pozostaje tylko siedzieć i ładnie się uśmiechać w tym zaskoczonym zadowoleniu człowieka, który cieszy się niezmiernym komfortem, choć właściwie nic w kierunku jego zdobycia nie zrobił, nie licząc pobożnych życzeń.

Brzydko? Może i brzydko. Ale jak przyjemnie.

 

why agonize? anesthetize

Jest taki truizm który odkrywam wciąż na nowo i który za każdym razem jednakowo mnie zaskakuje. Mianowicie, jeśli człowiekowi nagle zwali się na głowę odpowiednia ilość pracy, spraw i stresu, szczelnie wypełniając kalendarzyk i głowę, to nagle gdzieś kompletnie w tym znikają różne mniej lub bardziej urojone problemy natury komunikacyjno-emocjonalno-międzyludzkiej. A jeśli nie znikają, to nagle znajdują się na nie całkiem proste i logiczne rozwiązania, nad którymi wcześniej człowiek deliberował długimi godzinami. Ktoś mnie wkurza do bólu i białych plam przed oczami? Przestaję z nim rozmawiać, ewentualnie uprzejmie nakazuję oddalić się w przeciwnym kierunku do mojego. Nie wiem jak podejść do drugiego człowieka? A diabli tam, czas wyluzować, najwyżej będzie mnie miał za głupią, nie on pierwszy ani jedyny. Ktoś ma nieuzasadnione pretensje do mojej osoby? A niech ma, to nie ja mam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Głupio mi o czymś pisać na blogasku? Phleeease, blog to blog a nie ustawa medialna. Plus coś a la Kocicy Agresywna Samoakceptacja Poprzez Zintensyfikowaną Autosugestię.
Bardzo możliwe, że jest to tylko odłożenie problemów ad acta (pun non intended), ale co tam, cieszę się efektem kozy rabina (kto nie zna przypowieści o kozie rabina niech się doedukuje). Albo się nie cieszę, bo zwyczajnie nie mam czasu.

Poza tym z wielkim choć dość bezstronnym zainteresowaniem śledzę Wydarzenia w Internecie, zwłaszcza, że już mi się kompletnie skończyły zakątki tego internetu gdzie Wydarzenia nie dotarły, nawet na stronach z ładnymi obrazkami na które do tej pory uciekałam przed medialnymi rozwolnieniami co i rusz atakują mnie blackouty, protesty, protestacyjne obrazki, protestacyjne teksty i co tam jeszcze.
Absolutnie nie neguję zasadności tego protestowania, brawo, jest sprzeciw obywatelski w sprawie słusznej, trochę się mu wprawdzie forma wyrywa spod kontroli, bo nagle od balansującego na granicy legalności DDoSowania stron mamy przejmowanie prywatnych blogów i zwyczajną kradzież danych, ale ojtam, drobiazgi. Mam tylko taki durny zwyczaj, ze nim radośnie wykleję sobie blipa, soupę i tablicę na FB obrazkami z napisem STOP ACTA to lubię się zatrzymać, zastanowić, przeczytać, rozważyć cel, przesłanie, sens. I zwykle wychodzi mi – że ja to sobie jeszcze poczekam. Popatrzę. Zobaczę, co faktycznie kto podpisze, a czego nie.
Maskę Guya Fawkesa mam, wyjść na ulice jeszcze zdążę.
Z pobocznych nieco kwestii, bawi mnie nieziemsko, jak Poważne Media usilnie starają się jakoś o tym wszystkim mówić i nie bardzo wiedzą jak, bo nagle okazuje się, że ten starannie hodowany przez lata wizerunek hakera – nieprzystosowanego społecznie, niedomytego młodzieńca bez perspektyw, siedzącego po nocach przed monitorem i piszącego wirusy – mogą sobie odłożyć na półkę, bo teraz tym strasznym hakerem może być każdy. Nieśmiało uśmiechnięty student ostatniego roku medycyny, biznesmen w nienagannej koszuli, pani z dzieckiem minięta rano w sklepie. Kazdy, kto czuje potrzebę i jest w stanie wykonac kilka kliknięć. Plączą się więc, szukają drugiego, trzeciego, czwartego dna, jakiejś stojącej (a raczej siedzącej, wiadomo, w obleśnej piwnicy) za tym szajki, międzynarodowego spisku na wielką skalę. Tymczasem dopiero dziś pierwszy raz w radiu słyszałam bąknięte nieśmiało słowa, że może te ataki to nie terroryzm, hakerstwo, grupa przestępcza, tylko forma protestu obywatelskiego. Nowa taka. W sumie legalna. I zauważalna.
Oby tak dalej.

lion out of jungle, fish out of the ocean

A tak w ogóle, całkiem a propos de rien mam dla Was takie ćwiczenie, powiedzmy, socjologiczno-psychologiczne. Weźcie swoja listę kontaktów, znajomych – może być z komórki, może być z komunikatora albo fejsbuka, jak wolicie – i zróbcie dwie listy. Na jednej umieśćcie ludzi, których moglibyście, mniej lub bardziej swobodnie, poprosić/namówić na seks. Na drugiej zaś tych, których moglibyście w razie potrzeby i nagłego załamania poprosić o ciepłe, szczere przytulenie, ludzki kontakt, coś co anglojęzyczni ładnie nazywają hold somebody close.
Następnie porównajcie długość obu list i to, w jakim stopniu się pokrywają, jeśli w ogóle.

Wnioski na własną rękę, ja swoje popełniłam już jakiś czas temu w związku z całkiem czym innym, oczywiście ich tu nie opublikuję, ale jeśli poczujecie potrzebę podzielenia się swoimi, to proszę bardzo, tu albo bardziej prywatnie.

eighty-six thousand and four hundred seconds

Miała być notka z rozpaczliwym emocjonalnym wyrzygiem, ale po pierwsze to,  po drugie strasznie mi kulała kompozycyjnie i literacko, najwyraźniej gdzieś mam ten przewrotny gen odziedziczony po kobiecych przodkach, tych wspaniałych osiemnastowiecznych kobietach, co to kiedy nawet publicznie pozwalały sobie mdleć z rozpaczy to tak, żeby nie wygnieść zbytnio sukni i nie zburzyć trefionej fryzury, a w ogóle to bacznie pilnowały, w zasięgu czyich ramion się malowniczo osuwają. Gdyż, nie bójmy się tego powiedzieć, robić dramę też trzeba umieć.

No a po trzecie niezależnie od kalibru tej dramy, niezależnie od ilości łez, złości, beznadziei i godzin spędzonych z głową schowana między kolanami/pod kocem/wstaw potrzebne, niezależnie od otrzymanej lub nieotrzymanej pomocy, niezależnie od wszystkiego i tak nie ma innego wyjścia i w końcu i tak samemu trzeba będzie wstać, otrzepać kolana, zacisnąć zęby i ruszyć dalej, dalej.
Gorzka to świadomość, z jednej strony, a z drugiej dziwnie kojąca, może to cynizm, może realizm a może po prostu banalna do wyrzygania dorosłość, sama już nie wiem.

This is just a ride, my dear, this is just a game.

it’s the purest element, but it’s so volatile

Chciałabym znów pojechać do Paryża, odwiedzić Notre Damme. Przejść się Montmartre aż do bazyliki Sacré-Cœur. Albo do Kolonii, do katedry świętego Piotra. Albo w miejsce, gdzie jeszcze nie byłam, a które by im dorównało, podobno w Hiszpanii są takie. Znów poczuć to niemożliwe zachwycenie, ten podziw, kiedy wzrok wędruje coraz wyżej, i wyżej, i dalej, kiedy się zapomina, że ma się ziemię pod stopami, serce przyspiesza, a oddech zamiera. Pozwolić sobie na patos, na brak słów, na okrzyk radości. Na oczy otwarte szeroko, żeby zobaczyć wciąż więcej. Chłonięcie wrażeń, jakby się było znów dzieckiem i wszystko było nowe, a człowiek jawił się jako budowniczy cudów.

Kiedy ostatnio przeżyliście coś takiego?

count bodies like sheep

Czasem bardziej niż zwykle uderza mnie wrażenie, że wszystkie te blogi, te filmiki i statusy na fejsbuku, te reposty na soupie, to blipowe okruszki to jak listy z obozu, pisane pod dyktando – jak tu dobrze nas karmią, jak sie fajnie bawimy, jak wszystko jest świetnie, a tymczasem pierwsze litery każdej linijki układają się uparcie w rozpaczliwe wołanie o pomoc.

Klik, klik.

And the red is for color we’re ’bout to paint this town

Zapiszę sobie dla potomności.

Otóż jeśli:

  •  Celem odświeżenia koloru pod na nowo wplatane dredloki ufarbuje się je Profesjonalną Farbą dla Mrocznych Emodzieci w kolorze Hot Red, która podobnoż jest najlepsza i robi najładniejszą czerwień ze wszystkich
  • Po spłukaniu i wysuszeniu zauważy, że kolor wyszedł jakiś taki różowawy, ale co tam, i tak nie będzie widać
  • Następnego ranka spojrzy się w lustro i z typowo kobiecą konsekwencją stwierdzi, że ranyboskie, one naprawde są RÓŻOWE i ja tak do ludzi nie wyjdę, to do niczego nie pasuje, a już do dredów zwłaszcza
  •  Na szybko zastosuje się dawnotemu kupioną farbę w kolorze rudobrązowym z myślą „a, gorzej już nie będzie”, z braku czasu trzymając ją na głowie dużo krócej niż trzeba,

To wtedy właśnie uzyskuje się TAKĄ zajebistą czerwień, że ladies and gentlemen, please stand up.
Teraz pewnie nie uda mi się tego powtórzyć nigdy więcej, bo element pośpiechu i desperacji jest tym najbardziej kluczowym. I tak, prosze państwa, całe życie.

(a syntetyczne dredloki to najwygodniejsza rzecz na świecie, oszczędza mnóstwo czasu co rano, bad-hair day nie występuje i są niezmiernie efektowne. A po wypleceniu mam najzdrowsze i najładniejsze włosy ever. I kropka.)