
„Przez jeden dzień – 31 sierpnia – blogerzy z całego świata publikują notkę polecającą 5 innych blogów, najlepiej gdy są to blogi o innej tematyce, z innej kultury. Tego dnia czytelnicy bloga będą krążyć po sieci i odkrywać nowe, nieznane blogi ciesząc się z odkrycia nowych ciekawych blogów i blogerów.”
A jak wszyscy, to i ja.
1. Kanapowy – bo rysunki są cudne, sympatyczne i kolorowe (czyli tak, jak ja zawsze chciałam rysować, a nigdy mi się nie udawało), po drugie seria „Piątkowe Kanji” jest absolutnie osom i nawet ludzie z japońskim niezaznajomieni mogą się czegoś ciekawego dowiedzieć, a po trzecie DraNKa jest przemiłą osobą i umie pisać. Bywam codziennie.
2. Kot Doskonały – dla wszystkich miłośników kotowatych. Bo futra z Kota Doskonałego są przepiękne (i robią im piękne zdjęcia), bo bywają recenzje różnych kocich akcesoriów i dóbr, no i Tygryziołek pisze o kocich sprawach tak, że chce się czytać.
3. Dobre Rzeczy – jeden z blogów kulinarnych , które śledzę na bieżąco – głównie dlatego, że publikowane tam przepisy nie przerastają mnie stopniem skomplikowania, nie zmuszają do szukania składników po całym mieście, oraz są po prostu pyszne i w moim guście. A zwyczajnie poczytać i pooglądać tez warto.
4. My First Dictionary – na pierwszy rzut oka – słownik języka angielskiego, ozdobiony oldschoolowymi ilustracjami. Ale wczytajcie się w teksty. Taki – mój typ poczucia humoru :)
5. Playr – zaraz na mnie krzykną, że po znajomości. Jasne, że trochę po znajomości. Z tym, że blogów o tematyce jabłkowo-technologiczno-internetowych jest mrowie a mrowie, ale Paweł akurat pisze konkretnie, bez zadęcia, często po prostu od siebie i to jeszcze tak, że nawet taka lama jak ja rozumie i się nawet ubawi.
Miłego czytania :)
Chciałabym się z państwem bowiem podzielić taką moją małą refleksją – czynioną wprawdzie w stanie lekko wskazującym, ale kto by się tam przejmował, prawda.
Ponieważ (czy powinno się zaczynać zdanie od „ponieważ”, oj, zresztą już za późno) obejrzałam niedawno „Ucznia Czarnoksiężnika” i pomijając oczywisty fakt, ze film jest płytką, przewidywalną, naiwną i głupiutką produkcyjką specjalnie dla amerykańskich nastolatków i pomimo tego, że kolorowa i całkiem wartka niewiele w sobie ma, otóż pomijając to wszystko to – JA TEŻ TAK CHCĘ.
Tak właśnie chcę, żeby w moim życiu WTEM pojawił się jakiś, dajmy na to, Johnny Depp, albo Robert Downey Jr., albo w o s t a t e c z n o ś c i może być nawet Nicolas Cage, i żeby oświadczył – wręczając mi odpowiednie, błyszczące akcesorium – że oto od dziś mam stać się potężną wiedźmą, co to ręka pioruny i to siłą woli, co to dla mnie, i że on będzie mnie uczył. Takie mam właśnie marzenie, hołubione po cichutku od późnej podstawówki, kto nigdy czegoś takiego nie chciał niech pierwszy rzuci kamieniem, a nawet cegła, o.
Tak, wiem, list z Hogwartu jeszcze do mnie idzie, spóźnia się, jak na razie, o jakieś 12 lat, ale przecież wszyscy znamy możliwości Poczty Polskiej, nie? Jeszcze dojdzie.
Ehh.
Tak, mam szczera nadzieję, ze uda mi się napisać notkę wakacyjną, tym bardziej, że za oknem coraz bardziej jesień. A ja lubię jesień.
Ehh.
W związku z krótką dyskusją na Blipie o tym, jak mieliśmy się nazywać i jakież to cechy i imiona zaplanowali sobie dla nas nasi rodzice, przypomniała mi się historia związana z moimi narodzinami. I się podzielę, bo ładna jest, a tu jej chyba jeszcze nie opowiadałam.
Ci, co znają moją Mamę, wiedzą, że to osoba pozytywna, acz stanowcza. Stanowczo zatem – obejrzawszy dopiero co „Potop” reżyserii imć Hoffmana – postanowiła, że jak już niebawem urodzi dziecko, to musi to być dziewczynka, koniecznie blondwłosa i niebieskooka, tak, iżby można nazwać ją Oleńką, w sam raz jak Sienkiewiczowska heroinę.
Minął rok lub dwa, wymarzone dziecko było już w drodze i rodzina – zwłaszcza od strony miecza – twardo obstawiała, że będzie chłopiec, bo skoro od trzech pokoleń u Spisaków rodzili się wyłącznie chłopcy, to tak właśnie będzie i kropka. Mama moja ze stoickim spokojem odpowiadała na to, że ona wie lepiej, że to stworzonko co ją smyra od środka to na sto procent subtelna dziewczynka, a nie jakieś chłopaczysko. Zaawansowane techniki szpiegowskie typu USG nie były jeszcze wtedy powszechnie dostępne, więc rzecz miała rozstrzygnąć się dopiero przy porodzie.
Z samym porodem tez było ponoć zabawnie, zerwałam Mamę w środku nocy, z tytułu nieukończonego remontu w mysłowickim szpitalu miałyśmy być karetką wiezione do Sosnowca, na co mój przytomny ojciec zaprotestował i skorumpował kierowcę (bo jakże uczciwa ślunsko dziołszka miała być urodzona w Sosnowcu, rany boskie!), zatem dotarliśmy w końcu do Tych(ów), gdzie twardo pełne 12h nie dałam się ruszyć z, ekhm, miejsca – w końcu jednak rozsądek wziął górę, bo miejsce ciepłe i wygodne to jedno, ale następny dzień to był jak raz trzynasty i do tego piątek, więc zwlekanie mogłoby się skończyć pechowo.
I gdy wreszcie światu ukazało się całe moje wrzeszczące wniebogłosy i wierzgające jestestwo, lekarz oznajmił, że dziewczynka! Co też powiedziała na to moja zmęczona Mama?
Czy spytała, czy jestem zdrowa? Gdzie tam, w końcu było słychać i to tak, że uszy więdły.
Czy podziękowała któremuś z bogów czy innych tałatajstw? A skąd, w końcu o doprowadzenie mnie na świat postarała się całkiem sama i mogła dziękować najwyżej lekarzowi.
Czy przywitała mnie czułymi matczynymi słowy? No, nie. Na to jeszcze był czas.
Mama moja na mój widok zakrzyknęła gromko i radośnie „A NIE MÓWIŁAM!?”
Zdumiony lekarz zapytał, komu mówiła.
„Teściowej” dumnie odparła Mama, na co lekarz zaniemówił już zupełnie i zajął się raczej mną.
A Mama, wbrew wszelkim opiniom i przekonaniom miała swoją wymarzoną córeczkę, wnet okazało się, że owszem, włosy ma blond, a oczy błękitne, bo i cóż miała na takie dictum robić. Czem prędzej ochrzczono mnie imionami Aleksandra Beata i jestem pewna, że nawet przy chrzcielnicy rodzicielka moja chichotała chytrze, bo w końcu znów dostała to, co chciała i o czym marzyła, nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą.
A ja? A ja mogę najwyżej sobie powzdychać, że lepszy byłby ze mnie Kmicic niż Oleńka, bo ani sprzątać, ani gotować nie umiem, najwyżej jakiś dysk zamontuję albo za co ładniejszymi kobietami się oglądam. Ale spróbowalibyście się kiedyś sprzeciwić mojej Mamie :)
Już prawie miesiąc temu.
Po prawie dwóch godzinach kłujących wrażeń – od lekkiego, wibrującego łaskotania, do bólu jak od rozżarzonych drutów – zsuwam się z fotela i staję przed lustrem na lekko drżących nogach, widzę czarne, wyraźne linie, które już będą ze mną na całe życie. Trochę jeszcze nie do końca część mnie, jeszcze osobny twór ociekający tuszem i krwią, wybaczcie ten naturalizm, ale tak to właśnie wygląda. I myślę sobie, że rację mieli ci, co mówili, że to w sumie bardziej przyjemność, niż ból i że uzależnia. I że na jednym tatuażu nie skończę.
Dziesięć godzin później okropnie apatyczna, obojętna pani weterynarz przykrywa ściereczką nieruchomy kłębek czarnego futerka (jeszcze wczoraj wdrapujący się na oparcie kanapy i tłukący łapkami po panelach, do cholery) i mówi, że nic nie mogliśmy zrobić, to się i tak miało wydarzyć, a ja łapię się tej myśli z całych sił, rękami i nogami, żeby nie oszaleć.
Dwadzieścia osiem godzin później B. daje mi wypowiedzenie i mówi, że on sam nie wiedział, że mu przykro i że to nie moja wina – i wiem, że mówi prawdę, bo ma łzy w oczach i patrzy gdzieś w bok i mnie też jest przykro, najbardziej, kiedy pakuję żółty kubek i zdejmuję plakaty ze ścian i wiem, że już tu nie wrócę i że nigdzie nie będzie mi tak fajnie.
Regularnie trzy razy dziennie owijam się w pasie przejrzystą folią. Mentalnie owijam się nią cała. Słowa docierają jak z oddali, bodźce jak przez śliską, gładką warstwę, wszystko widzę wyraźnie, działam sprawnie – ale cały świat jakby metr ode mnie. Sumiennie zmieniam opatrunki, myję, tłumaczę sobie, nakładam lek, oddzielam potrzebne od niepotrzebnego, ustalam priorytety, ustalam dyscyplinę, rezygnuję na rzecz.
I wiem, że kiedy wreszcie zdejmę folię i odetchnę, wszystko będzie ładnie zagojone, skóra gładka, bez blizn, nierówności, umysł bez wątpliwości, dusza bez żalu. Tylko tuz pod skórą stanowcze czarne linie na całe życie, właśnie tak, jak chciałam.
Coś w poprzednim wpisie napisałam o zawieszeniu cieszenia się z różnych rzeczy? No to je chyba muszę zawiesić do odwołania.
Dwa dni temu moja Firma dostała prikaz z samej, samiuśkiej góry. Redukcja kosztów, 30 osób ma się wynieść w trybie natychmiastowym. Wystarczy, że powiem, że jestem w firmie najmłodsza, najmniej doświadczona i na powielającym się stanowisku. Resztę można sobie dopowiedzieć.
Niby taki był plan, że popracuję rok i szukam czegoś nowego, ale, do nędzy, chciałabym mieć nad tym jakąś kontrolę!
Jedyne pocieszenie to korzystne dla mnie warunki finansowe tego zwolnienia, dzięĸi którym nie zostaję całkiem na lodzie. No i fakt, że nie wywalili mnie, bo zrobiłam coś źle. Takie rzeczy się zdarzają.
Ale i tak, po raz kolejny: kurwa mać.
Bogowie, kimkolwiek i gdziekolwiek są, najwyraźniej nie lubią ludzi zbyt szczęśliwych.
Jeszcze wczoraj planowałam, jaką napisać notkę o nowym, Małym Kocie (bo w końcu nie jest taki nowy, skoro się już zadomowił, dostał imię i własną miskę), o tym, że wygląda jak czyste, czarne zło, a tak naprawdę jest wcieleniem łagodności. Jaki jest kochany, mimo, że nie daje się głaskać, jak rozrabia i jak Duża nie daje mu żyć, a mimo to śpią razem zwinięte w futrzasty precelek.
A dziś Małego Kota już nie ma. Jego małe serduszko było chore i nikt o tym nie wiedział, nikt nie widział – a dziś rano znaleźliśmy go ledwo oddychającego, płaczącego żałośnie.
Godzina i było po wszystkim, ledwo donieśliśmy go do weterynarza.
Tłumaczę sobie, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, że pewnie i tak nie miał szans. I że chociaż ostatnie miesiące swojego krótkiego życia miał szczęśliwe.
Ale i tak mam poczucie, że stała się jakaś okropna, olbrzymia niesprawiedliwość, że ktoś pomylił się, licząc rachunek świata i że tak nie powinno być.
Kurwa mać.
Cieszenie się z różnych rzeczy zawieszam do jutra.
Sprawa wygląda tak, że mam taki pliczek w notatniku (chociaż na Ubuntu nie ma Notatnika, ale niech będzie), a w nim szkice, zalążki i zaczątki notek, które tam sobie leżą i się przedawniają w miarę, jak życie się toczy. Wobec czego myślę, że Web 3.0, jak już nadejdzie, mogłoby mieć taką opcję, jak aktualizowanie przeróżnych blogów i serwisów telepatycznie. Podobno maszyny do czytania ludzkich myśli już są, tylko trzeba je udoskonalić.
Ale!
Wszystko to nieważne w obliczu faktu, że!
Po prawie 21 latach świadomego życia odkryłam, że należę do grupy – co ja mówię, dwóch grup! – społecznych, a wręcz mniejszości, które całe pozostałe 3/4 świata ma w głębokim niezrozumieniu i pogardzie. Postanowiłam się zatem tutaj zwierzyć z mych słabości i zapytać Was, czy mam się już udać do jakiegoś getta, czy wystarczy ukryć się jeszcze głębiej w mentalnej piwnicy.
Po pierwsze (primo) otóż, jestem rannym ptaszkiem. Nie znaczy to wcale, że mało śpię, bo potrafię jak kot, 20h na dobę, jak tylko mam możliwość. Rzecz w tym, ze zwykle budzę się o godzinach typu 7.30, czy nawet w letnich miesiącach przed 6, rześka i wyspana i właściwie mogę już wstać i zacząć żyć żwawym życiem. A nawet jeśli w nocy spałam 4h i budzik nastawiony na tzw. Blady Świt budzi mnie brutalnie z najgłębszej fazy NREM, to zwyczajnie wstaję z łóżka, czołgam się nieco na oślep do najbliższej kawy – i dalej z górki. I jestem głęboko zadowolona, bo udało mi się wstać wcześnie, poranne ptaszki drą ryja za oknem, wszystko świeże i cudne, a ja mam jeszcze więcej godzin do przebim…przepracowania wydajnie.
Co więcej, mój (mały, przyznaję) móżdżek nie jest w stanie pojąć i ogarnąć zjawiska pt. „nie umiem rano wstać”. Przyznaję, jest to bolesne, aż do wyrafinowanej tortury zapiaszczonych powiek. Przyznaję, może się nie chcieć. Ale zupełnie nie rozumiem, jak ktoś, budzony już n razy (kto również doskonale wie, że już czas i trzeba i że się spóźni jak nie wstanie) nie umie zaangażować tych kilku grup mięśni, które odpowiadają za podniesienie się do pozycji pionowej i przejście kilkunastu kroków, powiedzmy, do kranu z zimną wodą – czy innego źródła pobudki. No nie mieści mi się i już. I sądzę, że mówienie, że „ja jestem typem sowy, ja najlepiej w nocy funkcjonuję” to nie usprawiedliwienie, jesteśmy wszyscy tym samym gatunkiem ludzkim co parę milionów lat temu, co w nocy zasuwał po polach i lasach, a z nadejściem zachodu słońca wił sobie legowiska i szedł spać (przynajmniej dopóki ognia nie odkrył). I wierzę w coś takiego, jak rytm dobowy, który sobie można ustawić odpowiednio. Kropka.
To po pierwsze.
Po drugie (primo ;) – obecna pora roku głęboko mnie przygnębia, a wręcz wpienia. Nie lubię lata. Może ma to jakiś związek z tym, że, urodzona w październiku, przez pierwsze miesiące życia byłam wietrzona raczej w chłodniejszych temperaturach, może z tym, że dużą część życia spędziłam w typie budownictwa, co trzyma swoje zimno twardo i łatwo go nie oddaje (17 stopni na tafli to była raczej norma). Nie wiem – w każdym razie, analogicznie jak u pratchettowskich trolli mój mózg i cała reszta układów najlepiej czuje się gdzieś w okolicy 20 stopni w skali C i niżej. W tym, co się działo np. w zeszłym tygodniu byłam głęboko nieszczęśliwa. Splywałam potem we wszystkich okolicznościach przyrody, w tramwaju równie spoceni ludzie śmierdzieli na potęgę, komary mnożyły się radośnie i gryzły, a obnażone części ciała prezentowali światu ludzie, którzy zdecydowanie nie powinni tego robić, a wręcz przeciwnie, ja sama zaś nie przepadam za odsłanianiem większej ilości skóry niż to potrzebne, a cięzko pogodzic to ze stanem, kiedy najchętniej zdjęłoby się nawet skórę.
Najbardziej zaś wpieniają nie tyle wysokie temperatury, co warunki, w których muszę przebywać na co dzień – moje miejsce pracy nie ma klimy (i mieć nie będzie), nie ma też przewiewu za cholerę. Nie lepiej jest w mieszkaniu, że o komunikacji miejskiej nie wspomnę. Powietrze jest jak gęsty kisiel, lepiący się do wszystkiego, zatykający płuca, zawierajacy – zdawałoby się – o połowę mniej tlenu niż powinien. Ciężko myśleć, ciężko się ruszać, nie chce się jeść, nie chce się nic. Leżeć, najwyżej.
Jedyne pozytywy, jakie znajduję, to taniejące w szalonym tempie owoce i warzywa: czereśnie, porzeczki, bób, fasolka, szpinak, sałata, pomidory (POMIDORY!). I myśl, że tak nie będzie wiecznie, że wróci chłód, wiatr, powietrze. Wreszcie.
Poważnie rozważam wyprowadzkę do jakiegoś wyspiarskiego kraju, może nawet lać pół roku, byleby była stabilna temperatura i wiatr od morza.
A tak poza tym spełniają mi się zamierzenia, mam drugiego kota, czarnego, który nazywa się Sandman, uczę się japońskiego i klnę na durne krzaczki, zapisuję się na studia (tym razem już na pewno, choć na zaoczne), schudłam 13 kilo, uczę się piec ciasta, nie przejmuję się zbyt wieloma rzeczami i jest mi całkiem dobrze.
A Ty co robiłeś, jak..?
11 września 9 lat temu właśnie przeprowadzaliśmy się do nowego domu, w powietrzu unosił się zapach kleju do wykładzin, ja siedziałam w pokoju pochylona nad książką i z minuty na minutę byłam coraz bardziej zirytowana nienaturalną głośnością telewizora – zwykle nastawionego przecież na łagodny ton wędrujących stad i Krystyny Czubówny, a nie niezrozumiały trajkot serwisów informacyjnych. W końcu wściekła poszłam do salonu, akurat na czas, by zobaczyć upadającą w kłębach dymu pierwszą wieżę i przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że to tylko taki film katastroficzny, ale one zwykle nie mają paska z napisem „na żywo” i składają się z doskonale zmontowanych zdjęć, a nie przerażająco wyraźnego obrazu dziennikarskich kamer.
2 kwietnia 5 lat temu siedziałam przy komputerze i akurat słuchałam Comy, przypadkiem, teraz wydaje mi się to gimnazjalne i tandetne, ale cóż poradzić, akurat ten kawałek.
Od zachodu biegną chmury pełne złej nowiny
W moim kraju ludzie mają oczy pełne łez…
Mama klepnęła mnie w ramię i powiedziała, że to już, a mnie zrobiło się okropnie przykro, choć właściwie wszystko było już przesądzone wszyscy tylko czekali – kiedy.
***
10 kwietnia tego roku siedziałam na podłodze pośród strzępków tkaniny, taśmy, kartonu i drutu, prawie całą noc i poranek spędziłyśmy z Kiwi na przygotowaniu strojów na przypadający tego dnia konwent, zmęczone ale ucieszone zszywałyśmy, kleiły i poprawiały, a kiedy pan naprawiający tego dnia u nas piecyk gazowy odbył krótką rozmowę z kimś („żartujesz? …naprawdę? nie, jestem u klienta, nie mogę włączyć telewizora…o kurde..”) i z dziwnym uśmiechem i szeroko otwartymi oczami powiedział, że „prezydent i pół sejmu rozwalili się samolotem gdzieś w Rosji” tylko zaśmiałam się pod nosem, że pierwszy kwietnia już był jakiś czas temu, a Kiwi zawołała coś w stylu „no wreszcie!”- teraz dopiero widzę jak dziwnie to musiało z boku wyglądać. I tylko kiedy pan serwisant nie zaśmiał się, by spuentować swój doskonały dowcip i szybko wyszedł, Lis postanowił jednak włączyć komputer.
A potem na konwencie (który jednak się odbył, choć nieco okrojony, w końcu ciężko posłać kilkaset osób z całej Polski do domów – ot tak) wszystko było przecież normalnie, wszyscy się śmiali i żartowali, w końcu przez te dwa dni w tym jednym miejscu mieszkamy w Japonii, nie obchodzi nas zewnętrzny świat, to my, ludzie z fandomu, z 4chana, z krainy wielkich oczu i kolorowych cudów. I tylko minuta ciszu już po wygłupach na scenie, i tylko te twarze ludzi, ten leciutki, niedowierzający uśmiech i szeroko otwarte oczy, wlepione w podłogę lub w przestrzeń.
Przez następny tydzień głaskałam kota i miałam wciąż na twarzy ten leciutki uśmieszek, trochę nie docierało, choć w pracy oczywiście temat numer jeden, taka firma, cóż robić. Telewizora nie mam, radia nie słucham, tylko w sieci patrzyłam, czytałam, słuchałam, obserwowałam komentarze, na zmianę podchodziło mi do gardła obrzydzenie, żal i obojętność, i jeszcze może niedowierzanie.
Ja? Ja jechałam na emocjach i hormonach, po tym i po którejś z kolei myśli, jak to jest, kiedy się tak umiera zwyczajnie się rozbeczałam jak pięciolatek, z głową opartą o szybę tramwaju.
Konkluzja jest taka, że już prawie dwa tygodnie, już czarnych wstążkach i flagach, a ja odkryłam nową dolegliwość, ostrą alergię na ludzi i przekonanie, że przecież i tak nie warto, bo przecież nawet w najbardziej kryształowym człowieku kryje się śmierdzący tchórz, hipokryta, podły, nudny, bezbarwny, denerwujący, nierozsądny, zachowawczy, porywczy, bezmyślny mały człowieczek i siebie z tej kategorii wcale nie wyłączam.
I mam nadzieję, wielką nadzieję, że życie da mi setkę przykładów, bym porzuciła to durne przekonanie, bo na razie mam ochotę wykopać sobie dołek na 10 metrów pod ziemię, przykryć się mchem i nie widzieć zła, nie słyszeć zła, nie mówić zła.
ps. mam wrażenie, że powinnam mieć dla tej notki milion usprawiedliwień i wytłumaczeń, bo nie lubię robić dramy, ale jakby mi się nie chce i pewnie za tydzień zbiorę się do napisania o znacznie milszych rzeczach, bo bynajmniej mi ich nie brakuje.
A tytuł można wrzucić w google.
Z której strony by nie patrzeć, wychodzi na to, że wciągnął mnie i pożarł tradycyjny kieracik Dorosłego Człowieka. W którymś licealnym podręczniku widziałam obrazek przedstawiający trzy półnagie, zwiewne gracje i zupełnie nieadekwatny podpis „8h zdrowego snu, 8h wytrwałej pracy, 8h relaksującego wypoczynku – stabilny porządek dnia zapewnia obywatelom Państwo Socjalistyczne”. No i mam stabilny porządek dnia, całkiem jak ta socjalistyczna gracja, a nad zdrowiem, wytrwałością i relaksem to już nie mnie dyskutować.
Natomiast kapitalistyczne państwo zapewniło mi przy okazji życie od weekendu do weekendu, iżby zażyć rozrywek, mniej lub bardziej zdrowych. Patrząc do kalendarzyka widzę zatem, iż trzy weekendy temu (jaktenczaslecimatkoboska) byłam w Warszawie, na imprezie u Luki, zorganizowanej z okazji Kolejnych Osiemnastych Urodzin tejże :) Impreza udała się wyśmienicie, co zresztą potwierdza sama zainteresowana. A ja znów mam całe mnóstwo kompletnie niepublikowalnych i nieprzyzwoitych zdjęć, dlaczego ludzie koniecznie muszą biegać z aparatem wokół dwóch zajętych sobą kobiet? Nie mogą fotografować, nie wiem, wystroju wnętrz? Roślin? Kotów? Doprawdy. Budząc się dnia następnego po takich baletach, jeszcze zanim dopuszczę do siebie jakiekolwiek bodźce zewnętrzne wymuszam na sobie dwie przytomne myśli: czy nie złamałam którejś ze swoich Żelaznych Zasad, oraz czy były jednostki, które zachowywały się gorzej niż ja. Jeśli odpowiedzi mnie satysfakcjonują – wszystko jest w porządku. W tym wypadku też było.
Dwa weekendy temu zakończyłam sesję – dość zresztą śmiechu wartą, całe 5 egzaminów, z których dwa zakończyły się stwierdzeniem „byłaś grzeczna, oddałaś wszystkie prace, masz 5″, jeden napisałam z wydatną pomocą Wujka Google’a i Cioci Wikipedii, a na pozostałe dwa dałam radę się po prostu przygotować. I tak o.
Ponadto postanowiłam zostać dobroczyńcą, bo skoro nawet pan Turnau mówi, że każdy może, to ja też mogę. Ponieważ jednak nie mam zacięcia ani cierpliwości do biednych/chorych/upośledzonych ludzi – nikt nie jest doskonały, prawda, i wolę tą część dobroczynności zostawić lepszym ode mnie – zgłosiłam się do pomocy biednym/chorym/bezdomnym KOTOM. Gdyż, jak wiadomo, KOTY SĄ MIŁE.
I w związku z tym dostaliśmy do udomowienia, ucywilizowania i zapewnienia warunków mieszkaniowych takie coś:

Coś jest rodzaju żeńskiego i pierwsze parę dni zajmowało się głównie fukaniem, siedzeniem w kąciku kuwety, chowaniem się po kątach i przyprawianiem nas o ból głowy i rany szarpane. Teraz już się troszkę ucywilizowało i zajmuje się wciąganiem jedzenia w tempie odkurzacza, tupaniem po panelach do wczesnych godzin rannych, polowaniem na pluszaki, dawaniem się myziać (choć z odpowiednim dystansem) i bycia traktowaną przez kotę Koralinę jako Obiekt Do Przyjaznego Maltretowania.
W zeszły weekend razem z Lisem skorzystaliśmy z zaproszenia jego znajomych i zarzuciwszy narty na plecy pojechaliśmy do Szczyrku czerpać przyjemność z zimowej aury. Bo trzeba Wam wiedzieć, że choć w kwestii sportu jestem okrutnym dyletantem, to narty uwielbiam odkąd pierwszy raz założyłam je na nogi w wieku lat 5. I może nie jeżdżę bardzo stylowo, ale za to z przyjemnością i tak, żeby nie stanowić zagrożenia dla siebie i innych.
Mam z tego wyjazdu kilka spostrzeżeń.
- Żeby tworzyć z moim chłopakiem szczęśliwy i harmonijny związek trzeba być GI Jane i Martyną Wojciechowską jednym oraz mieć psychikę Dalajlamy. Może się bowiem okazać, że urocza zimowa wycieczka zacznie się przejściem miejscowości docelowej w tę i z powrotem (z nartami i bynajmniej nie lekkim bagażem na plecach), bo „oj, kochanie, chyba źle odczytałem tę mapę, mieliśmy iść w drugą stronę”. Ponadto kiedy podczas emocjonującego zjazdu po stoku skręcisz za swym lubym w uroczą leśną ścieżynę może być tak, że ścieżyna skończy się na jakimś leśnym zadupiu bez żywej duszy przez które trzeba się będzie przedzierać na piechotę (z nartami na plecach), a potem wracać do pensjonatu przez drugą połowę miejscowości, tą której jeszcze nie zwiedziliście na piechotę (Z NARTAMI NA PLECACH!).
Dalej go kocham, nie myślcie sobie. Mimo, że mój grzbiecik już chyba nigdy nie będzie taki sam.
- Są dwie rzeczy na stoku, które mnie przerażają – dzieci i snowboardziści. Dzieci są ogólnie małe i niedoświadczone i zwyczajnie boję się, że nieopatrznie w jakieś wjadę, jak mi się wywróci przed nosem. A snowboardziści są potwornie, strasznie, przerażająco NIEOBLICZALNI. Narciarzy znam, znam zachowania i kiedy jedzie taki z czubkami nart skierowanymi do przodu, to można się spodziewać, że będzie jechał właśnie do przodu, może z jakimś delikatnym slalomem, jak przyzwoitość nakazuje. A jak się przewróci to daleko nie poleci, co najwyżej wypnie mu się narta lub dwie. A kiedy widzę zadowolonego z siebie osobnika z nowiutką deską przyczepioną do nóg, to nigdy nie wiem – skręci? ostro? zajedzie mi drogę? pojedzie na krechę? wywali się i zrobi tą upiorną dechą Wielki Tuman Śniegu? postanowi sobie, kuźwa, odpocząć i siądzie na tyłku tuż przede mną? Mać.
Tak, wiem, nie wszyscy deskarze to oszołomy (z tego miejsca pozdrawiam Anetę, Jacka i początkującego Grzesia, oazy deskowej kultury na stoku). Tak, wiem, snowboard jest trendi i dżezi. Tak, próbowałam założyć to cholerstwo na nogi. Nie, nie lubię i nie polubię. Nie, nie życzę tu sobie flejma. Got it?
- Garczek zasmażanej kwaszonej kapustki z grzybkami jest dobry. Ten sam garczek jedzony po miesiącu ścisłej a lekkostrawnej diety jest NIEDOBRY. Nie próbujcie tego w domu.
A właśnie, bo tego jeszcze nie pisałam – zmęczyło mnie to, co widzę w lustrze, więc poszperałam w Internecie i znalazłam sobie dietę proteinową, zwaną Dietą Dukana, zwaną Protal. Wytrwale stosuję od 1 stycznia, z małymi obsuwami (wiecie, kapustka), schudłam już 8 kilo, najadam się do syta i tylko na kurczaka już nie mogę zbytnio patrzeć. I ogólnie polecam.
I wiecie co? Chyba lubię mój kieracik :)
Dedykuję K. I innym.
Nie jestem dobra w randkach.
Nie umiem umówić się, przyjść do lokalu pod wieczór, przy szklance piwa prowadzić wyrafinowanych rozmów na ciekawe tematy. Nie dla mnie patrzenie głęboko w oczy, flirtowanie, uwodzenie, tajemnicze uśmiechy.
Nie potrafię intrygująco stukać szpilkami, podawać ręki, nie umiem zachować się w dobrej restauracji czy na przyjęciu, do teatru lub opery idę się zasłuchać lub zapatrzeć i kompletnie zapominam o etykiecie czy drugiej osobie.
Nie znam się na tym.
Mogę zaprosić do siebie, zapalić kilka ładnych, żółto świecących lamp, kot niezobowiązująco wskoczy na kolana, umiem robić niezłe sushi i smaczne muffiny, wspólnie otworzyć wino i gawędzić o tym i owym, o dniach, nocach, sprawach błahych i tych ważnych. Mogę się wybrać do kina na dowolnie wybrany film, na tych głupich rzucać popcornem i śmiać się, na tych mądrzejszych komentować szeptem i wdać się w dyskusję po. Mogę w większej grupie znajomych głównie milczeć, czasem się pośmiać, upić słodko i pójść swoją własną drogą.
Bo najgorsze, że najbardziej pociągają ludzie, do których w ogóle nie pasuję, ze swoimi koszulkami z głupim napisem, zdartymi butami, wiecznie rozczochrana, nigdy nie ogarniająca rzeczywistości do końca, za to świetnie obeznana w świecie co ciekawszych gier, grafik, książek, ludzi i marzeń.