
Musi mam szczęście, albo po prostu dobrze dobieram sobie wrogów (o ile można tu mówić o dobieraniu), skoro ci nieliczni, którzy pałają do mnie antypatią właściwie pozwalają mi siedzieć z założonymi rękami – sami zastawiają na siebie pułapki, sami w nie wchodzą, sami zakładają sobie pętle na szyje, łamią emocjonalne kości i skręcają psychiczne karki i w ogóle dokonują wyrafinowanej zemsty całkiem własnoręcznie. Doprawdy, nawet palcem już kiwać nie muszę, pozostaje tylko siedzieć i ładnie się uśmiechać w tym zaskoczonym zadowoleniu człowieka, który cieszy się niezmiernym komfortem, choć właściwie nic w kierunku jego zdobycia nie zrobił, nie licząc pobożnych życzeń.
Brzydko? Może i brzydko. Ale jak przyjemnie.
Jest taki truizm który odkrywam wciąż na nowo i który za każdym razem jednakowo mnie zaskakuje. Mianowicie, jeśli człowiekowi nagle zwali się na głowę odpowiednia ilość pracy, spraw i stresu, szczelnie wypełniając kalendarzyk i głowę, to nagle gdzieś kompletnie w tym znikają różne mniej lub bardziej urojone problemy natury komunikacyjno-emocjonalno-międzyludzkiej. A jeśli nie znikają, to nagle znajdują się na nie całkiem proste i logiczne rozwiązania, nad którymi wcześniej człowiek deliberował długimi godzinami. Ktoś mnie wkurza do bólu i białych plam przed oczami? Przestaję z nim rozmawiać, ewentualnie uprzejmie nakazuję oddalić się w przeciwnym kierunku do mojego. Nie wiem jak podejść do drugiego człowieka? A diabli tam, czas wyluzować, najwyżej będzie mnie miał za głupią, nie on pierwszy ani jedyny. Ktoś ma nieuzasadnione pretensje do mojej osoby? A niech ma, to nie ja mam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Głupio mi o czymś pisać na blogasku? Phleeease, blog to blog a nie ustawa medialna. Plus coś a la Kocicy Agresywna Samoakceptacja Poprzez Zintensyfikowaną Autosugestię.
Bardzo możliwe, że jest to tylko odłożenie problemów ad acta (pun non intended), ale co tam, cieszę się efektem kozy rabina (kto nie zna przypowieści o kozie rabina niech się doedukuje). Albo się nie cieszę, bo zwyczajnie nie mam czasu.
Poza tym z wielkim choć dość bezstronnym zainteresowaniem śledzę Wydarzenia w Internecie, zwłaszcza, że już mi się kompletnie skończyły zakątki tego internetu gdzie Wydarzenia nie dotarły, nawet na stronach z ładnymi obrazkami na które do tej pory uciekałam przed medialnymi rozwolnieniami co i rusz atakują mnie blackouty, protesty, protestacyjne obrazki, protestacyjne teksty i co tam jeszcze.
Absolutnie nie neguję zasadności tego protestowania, brawo, jest sprzeciw obywatelski w sprawie słusznej, trochę się mu wprawdzie forma wyrywa spod kontroli, bo nagle od balansującego na granicy legalności DDoSowania stron mamy przejmowanie prywatnych blogów i zwyczajną kradzież danych, ale ojtam, drobiazgi. Mam tylko taki durny zwyczaj, ze nim radośnie wykleję sobie blipa, soupę i tablicę na FB obrazkami z napisem STOP ACTA to lubię się zatrzymać, zastanowić, przeczytać, rozważyć cel, przesłanie, sens. I zwykle wychodzi mi – że ja to sobie jeszcze poczekam. Popatrzę. Zobaczę, co faktycznie kto podpisze, a czego nie.
Maskę Guya Fawkesa mam, wyjść na ulice jeszcze zdążę.
Z pobocznych nieco kwestii, bawi mnie nieziemsko, jak Poważne Media usilnie starają się jakoś o tym wszystkim mówić i nie bardzo wiedzą jak, bo nagle okazuje się, że ten starannie hodowany przez lata wizerunek hakera – nieprzystosowanego społecznie, niedomytego młodzieńca bez perspektyw, siedzącego po nocach przed monitorem i piszącego wirusy – mogą sobie odłożyć na półkę, bo teraz tym strasznym hakerem może być każdy. Nieśmiało uśmiechnięty student ostatniego roku medycyny, biznesmen w nienagannej koszuli, pani z dzieckiem minięta rano w sklepie. Kazdy, kto czuje potrzebę i jest w stanie wykonac kilka kliknięć. Plączą się więc, szukają drugiego, trzeciego, czwartego dna, jakiejś stojącej (a raczej siedzącej, wiadomo, w obleśnej piwnicy) za tym szajki, międzynarodowego spisku na wielką skalę. Tymczasem dopiero dziś pierwszy raz w radiu słyszałam bąknięte nieśmiało słowa, że może te ataki to nie terroryzm, hakerstwo, grupa przestępcza, tylko forma protestu obywatelskiego. Nowa taka. W sumie legalna. I zauważalna.
Oby tak dalej.
A tak w ogóle, całkiem a propos de rien mam dla Was takie ćwiczenie, powiedzmy, socjologiczno-psychologiczne. Weźcie swoja listę kontaktów, znajomych – może być z komórki, może być z komunikatora albo fejsbuka, jak wolicie – i zróbcie dwie listy. Na jednej umieśćcie ludzi, których moglibyście, mniej lub bardziej swobodnie, poprosić/namówić na seks. Na drugiej zaś tych, których moglibyście w razie potrzeby i nagłego załamania poprosić o ciepłe, szczere przytulenie, ludzki kontakt, coś co anglojęzyczni ładnie nazywają hold somebody close.
Następnie porównajcie długość obu list i to, w jakim stopniu się pokrywają, jeśli w ogóle.
Wnioski na własną rękę, ja swoje popełniłam już jakiś czas temu w związku z całkiem czym innym, oczywiście ich tu nie opublikuję, ale jeśli poczujecie potrzebę podzielenia się swoimi, to proszę bardzo, tu albo bardziej prywatnie.
Miała być notka z rozpaczliwym emocjonalnym wyrzygiem, ale po pierwsze to, po drugie strasznie mi kulała kompozycyjnie i literacko, najwyraźniej gdzieś mam ten przewrotny gen odziedziczony po kobiecych przodkach, tych wspaniałych osiemnastowiecznych kobietach, co to kiedy nawet publicznie pozwalały sobie mdleć z rozpaczy to tak, żeby nie wygnieść zbytnio sukni i nie zburzyć trefionej fryzury, a w ogóle to bacznie pilnowały, w zasięgu czyich ramion się malowniczo osuwają. Gdyż, nie bójmy się tego powiedzieć, robić dramę też trzeba umieć.
No a po trzecie niezależnie od kalibru tej dramy, niezależnie od ilości łez, złości, beznadziei i godzin spędzonych z głową schowana między kolanami/pod kocem/wstaw potrzebne, niezależnie od otrzymanej lub nieotrzymanej pomocy, niezależnie od wszystkiego i tak nie ma innego wyjścia i w końcu i tak samemu trzeba będzie wstać, otrzepać kolana, zacisnąć zęby i ruszyć dalej, dalej.
Gorzka to świadomość, z jednej strony, a z drugiej dziwnie kojąca, może to cynizm, może realizm a może po prostu banalna do wyrzygania dorosłość, sama już nie wiem.
This is just a ride, my dear, this is just a game.
Chciałabym znów pojechać do Paryża, odwiedzić Notre Damme. Przejść się Montmartre aż do bazyliki Sacré-Cœur. Albo do Kolonii, do katedry świętego Piotra. Albo w miejsce, gdzie jeszcze nie byłam, a które by im dorównało, podobno w Hiszpanii są takie. Znów poczuć to niemożliwe zachwycenie, ten podziw, kiedy wzrok wędruje coraz wyżej, i wyżej, i dalej, kiedy się zapomina, że ma się ziemię pod stopami, serce przyspiesza, a oddech zamiera. Pozwolić sobie na patos, na brak słów, na okrzyk radości. Na oczy otwarte szeroko, żeby zobaczyć wciąż więcej. Chłonięcie wrażeń, jakby się było znów dzieckiem i wszystko było nowe, a człowiek jawił się jako budowniczy cudów.
Kiedy ostatnio przeżyliście coś takiego?
Czasem bardziej niż zwykle uderza mnie wrażenie, że wszystkie te blogi, te filmiki i statusy na fejsbuku, te reposty na soupie, to blipowe okruszki to jak listy z obozu, pisane pod dyktando – jak tu dobrze nas karmią, jak sie fajnie bawimy, jak wszystko jest świetnie, a tymczasem pierwsze litery każdej linijki układają się uparcie w rozpaczliwe wołanie o pomoc.
Klik, klik.
Zapiszę sobie dla potomności.
Otóż jeśli:
To wtedy właśnie uzyskuje się TAKĄ zajebistą czerwień, że ladies and gentlemen, please stand up.
Teraz pewnie nie uda mi się tego powtórzyć nigdy więcej, bo element pośpiechu i desperacji jest tym najbardziej kluczowym. I tak, prosze państwa, całe życie.
(a syntetyczne dredloki to najwygodniejsza rzecz na świecie, oszczędza mnóstwo czasu co rano, bad-hair day nie występuje i są niezmiernie efektowne. A po wypleceniu mam najzdrowsze i najładniejsze włosy ever. I kropka.)
Satysfakcjonujący świst zaciskających się wnyków, budzący miły dreszcz w dole pleców szczęk zatrzaskiwanych sideł.
Przynajmniej dopóki nie orientujesz się, że w pętli jest twoja własna szyja, a szczerbate zęby zacisnęły się wokół twojej kostki.
Ale przecież to właśnie o to w tym wszystkim chodzi, czyż nie?
Everybody’s looking for something
Some of them want to use you, some of them want to get used by you
Some of them want to abuse you,some of them want to be abused…
Kiedy w podstawówce uczono mnie, że mamy cztery pory roku, podświadomie węszyłam w tym ściemę. Jak się okazało – całkiem słusznie, bo na późniejszym etapie edukacji okazało się, że tych pór mamy w Polsce sześć. I właśnie akurat teraz zaczęła się piąta, któa fachowo nazywa się podobno przedzimie, a po mojemu powinna się nazywać „jestem zbyt niedospana, żeby zauważyć coś ponad czubki moich butów, a i tak są one obecnie najładniejszym elementem krajobrazu, więc po co się starać”. Albo krócej „MROK, MORD I DUPA”.
Nie jestem meteopatką, brak słońca i zimno mi nie robi i nie narzekam przez pół roku na fakt, że ziemia się kręci. Ale nie lubię niekonkretności. Jesień ma swoje barwy i zapach, wiosną najchętniej tarzałabym się w świeżej w trawie, lato.. no latem jest ciepło. Zima ma śnieg i święta i mróz na szybach i w ogóle jest awesome. Tylko te dwie pozostałe pory roku, bękarty kalendarza, koszmarnie niekonkretne, szare, mokre, brudne, zimne i zakurzone, scena pomiędzy zmianą dekoracji, sfrustrowane oczekiwanie. Nawet nazw nie mają własnych, przedwiośnie i przedzimie, no proszę was.
I one mnie co roku wpędzają w depresję. Najchętniej bym jadła albo spała, albo w ogóle zapadła w sen zimowy. Kreatywnośc mi zdycha, kiedy ktoś czegoś ode mnie wymaga to wyrastają mi zęby i pazury. Przeprowadzenie błyskotliwej konwersacji to wyczyn, a wyglądać już wcale nie wyglądam. Jeszcze jak mi się kiepsko zgra kalendarz z organizmem, jak teraz, to najlepiej w ogóle zawinąć mnie w kaftan kocyk, zaopatrzyć w zapas pożywienia i wina i zamknąć w schronie. Od zewnątrz.
Zimo, napierdalaj. Śniegiem i mrozem. Czymkolwiek konkretnym. Bo sama ze sobą nie wytrzymam.
Bezgraniczne zaufanie nie jest wtedy, kiedy mogę komuś powiedzieć wszystko o moim życiu. Nie mam tajemnic, nie ma pytań zbyt osobistych, zapytasz – odpowiem. Poza drobnymi wyjątkami – bo trudno opowiadać o czymś, czego się samemu nie do końca rozumie – nie wstydzę się mówić o niczym. Nie masz sekretów – nikt ci ich nie zabierze.
Bezgraniczne zaufanie nie jest wtedy, kiedy powierzam komuś dostęp do szafy, łazienki, lodówki i klucze do mojego mieszkania, niezależnie od długości znajomości, siódmy zmysł odziedziczony po MAMIE dobrze wie, komu można w takich kwestiach zawierzyć, poza tym w moim domu nie ma nic cennego do wyniesienia, może poza kotami, ale wątpię, by ktokolwiek je chciał.
Bezgraniczne zaufanie nie jest wtedy, kiedy urywa ci się przy kimś film i pozwalasz się trzymać za włosy podczas intymnego tête-à-tête z porcelaną tudzież dajesz się odprowadzić zygzakiem do domu i słuchać komuś drugiemu swoich pijackich zwierzeń – czegoś takiego broni mi zwykłe poczucie przyzwoitości, włosy trzymam sobie sama i niezależnie od zaufania po czymś podobnym, jeśli się zdarzy, pozostaje mi wyłącznie wstyd.
Bezgranicznie zaufanie dla mnie jest wtedy, kiedy jestem w stanie zasnąć przy kimś, z kimś, obok kogoś – bez godzinnego sztywnego leżenia bez najmniejszego ruchu (bo przecież mogę obudzić, przeszkodzić, zakłócić), bez budzenia się co godzinę by ostrożnie zmienić pozycję i bez dziwnego porannego uczucia nienaturalności, że poduszka obok mojej jest zajęta. I seks, moi drodzy, nie ma tu nic do rzeczy.
Wtedy właśnie jest prawdziwe zaufanie.